Firmowe gotowanie...
Wszyscy znają, bo byli (choć tych jest pewnie mniej) lub znają, bo słyszeli sformułowanie "imprezy firmowe". Otóż są to takie "eventy", gdzie cała, bądź prawie cała firma jedzie celem odbycia "fajnej przygody". Rzecz może dziać się w górach, w jakimś odległym mieście, lub gdziekolwiek indziej. Imprezy firmowe to taka nowinka, która przywędrowała do nas z zachodu, kiedy to przysłowiowy opłatek i imieniny przestały wystarczać.
Ale okazuje się, że już pośród samych imprez firmowych powstała "całkiem nowa jakość", mówiąc krótko - oni zaczynają tam, na zachodzie gotować. Doniósł o tym NY TIMEs, a wykradzione zdjęcie - reklama poniżej

I rozbraja mnie to podwójnie:
1. Gotowanie po pracy kojarzy mi się, jako coś co się kojarzy ludziom z karą, jaką codziennie trzeba odbyć, jednym słowem w moim mniemaniu większość z nich nienawidzi tego szczerze, i na fali emancypacji bądź zaczynają się restauryzować, albo przerzucają się na mrożone pyzy. A tu proszę tak zwany zachód wraca do tego od czego myśmy odeszli....
2.Kiedy starałam się - mieszkając w Warszawie zapisać do jakiejś szkoły gotowania dla dorosłych, lub ewentualnie odbyć jakiś kurs, to pomysł spalił na panewce. Brak czegokolwiek rozsądnego przeznaczonego dla zapracowanych ludzi. Milczeniem pominę szkołę gotowania Kurta Schellera, bowiem tam Państwo zapomniało o mnie i na kurs nie dotarłam, bowiem stwierdziłam, że szczytem poniżenia będzie mój 30 telefon w sprawie rzeczonego kursu. A tam na tym zachodzie proszę, wystarczy zatrudnić się w byle korpoeracji.
Wszyscy znają, bo byli (choć tych jest pewnie mniej) lub znają, bo słyszeli sformułowanie "imprezy firmowe". Otóż są to takie "eventy", gdzie cała, bądź prawie cała firma jedzie celem odbycia "fajnej przygody". Rzecz może dziać się w górach, w jakimś odległym mieście, lub gdziekolwiek indziej. Eventy to taka nowinka, która przywędrowała do nas z zachodu, kiedy to przysłowiowy opłatek i imieniny przestały wystarczać.
Ale okazuje się, że już pośród samych imprez firmowych powstała "całkiem nowa jakość", mówiąc krótko - oni zaczynają tam, na zachodzie, gotować. Doniósł o tym NY TIMEs, a wykradzione zdjęcie - reklama poniżej.
I rozbraja mnie fakt istnienia kulinarnych eventów podwójnie:
1. Gotowanie po pracy kojarzy mi się, jako coś co się kojarzy ludziom z karą, którą codziennie trzeba odbyć; jednym słowem w moim mniemaniu większość z nich nienawidzi tego szczerze. I na fali emancypacji bądź zaczynają się restauryzować, albo przerzucają się na mrożone pyzy. A tu proszę tak zwany zachód wraca do tego od czego myśmy odeszli....
2.Kiedy starałam się - mieszkając w Warszawie zapisać do jakiejś szkoły gotowania dla dorosłych, lub ewentualnie odbyć jakiś kurs, to pomysł spalił na panewce. Brak czegokolwiek rozsądnego przeznaczonego dla zapracowanych ludzi. Milczeniem pominę szkołę gotowania Kurta S., bowiem tam Państwo zapomniało o mnie i na kurs nie dotarłam. Stwierdziłam po prostu, że szczytem poniżenia będzie mój 30 telefon w sprawie rzeczonego kursu, a Państwo nie zadzwoniło, więc uznałam, że Państwo mnie ani moich pieniędzy nie chce. A tam na tym zachodzie proszę, wystarczy zatrudnić się w byle korporacji. Szczerze im zazdroszczę.
I tu ps-y:
Ps1:Wiem, że często imprezy firmowe są drętwe, i raczej mnie nie zachwycałoby łażenie z dyrektorem po górach czy gdziekolwiek indziej, więc wspólne gotowanie pewnie też nie. Chociaż nigdy nie byłam nigdzie na żadnym evencie, więc w sumie nie mogę się tak ostatecznie i do końca wypowiedzieć.
Ps2 Ale z takimi chłopakami to z przyjemnością bym pogotowała.
Pozdrawiam
Najprawdopodobniej najlepszy kucharz na świecie



przepisy



