Apple pie

Piętnaście lat temu, w klasie maturalnej (jak to strasznie brzmi) stanęłam niespodziewanie przed wyborem: Studniówka albo Anglia. Ktoś wpadł na genialny pomysł żeby nasza studniówka odbyła się w środku ferii. Na te właśnie ferie dostałam zaproszenie od znajomej Angielki. Chciałam zdawać na anglistykę, pobyt w anglojęzycznym kraju bardzo by się przydał, nie jestem i nigdy nie byłam party animal, wybrałam więc pierwszą w życiu samodzielną podróż za granicę.
Sama wyprawa w sobie była ciekawym doświadczeniem, pod wieloma względami, ale nie wiem czy kiedykolwiek z kimkolwiek się dzieliłam kulinarnymi aspektami tamtego wyjazdu. Wiecie czego się spodziewałam? Spodziewałam się mdłych dań, potraw, które znałam z podręczników do angielskiego i hektolitrów herbaty. Sprawdziły się tylko hektolitry. Moja znajoma okazała się znakomitą kucharką, pełną kulinarnej wyobraźni. Nie przypominam sobie, żebym przez tamte prawie dwa tygodnie jadła dwa razy to samo. Różnorodność obiadowych dań była zaskakująca i bardzo dobra ... poza jednym epizodem: czerwoną fasolką, którą teraz bardzo lubię, a która wtedy wydawała mi się mieć smak benzyny. Ale udało mi się też spróbować tradycyjnych dań.
Byłam w fish and chips, zajadałam się tostami, jadłam yorkshire puddings, etc. W tą jedną jedyną niedzielę, którą tam spędziłam byłyśmy zaproszone do rodziców tej znajomej na obiad. Przed samym wyjściem z domu dowiedziałam się, że jej ojciec był kiedyś kucharzem i choć gotuje bardzo dobrze to jednak bardzo tradycyjnie. Powiedziała, że w ciemno zgaduje, że na obiad będą warzywa z wody, pure z ziemniaków, pierś z indyka sos pieczeniowy i apple pie. Sprawdziło się co do joty.
Generalnie nie było to tradycyjne niedzielne danie złe, nie było na co narzekać, ale apple pie: apple pie był niesamowity.
Znalazłam ostatnio na stronie BBC przepis na prawdziwy angielski apple pie i od razu przypomniał mi się tamten. Czy mogłam nie zrobić? Zrobiłam, nie zupełnie jednak według przepisu, zmieniłam lekko nadzienie, podaję przepis z moimi zmianami.

Apple Pie
255 g mąki pszennej
szczypta soli
140 g masła
6 łyżeczek zimnej wody
6 średnich jabłek
cukier do smaku (użyłam z wanilią)
łyżka mąki ziemniaczanej (opcjonalnie)
Rozetrzyj masło z mąką aż będzie przypominało mokry piasek, dodaj wodę i zagnieć szybko ciasto. Powinno byc gładkie i dać się łatwo wałkować. Jabłka obierz, pokrój na dość duże kawałki, dodaj cukru i podgotuj, jeśli z jabłek uwolni się dużo soku dodaj mąkę ziemniaczaną. W ten sposób zachowasz sok i nie rozmoczy on ciasta. Podziel ciasto na dwie części, rozwałkuj spód i wyłóż nim żaroodporną miskę lub talerz (użyłam specjalnej formy jednorazowej), przytnij końcówki. Przełóż jabłka na ciasto, przykryj rozwałkowaną górą, odkrój końcówki, zlep brzegi (dobrze jest posmarować dolny brzeg wodą, będzie łatwiej), ponakłuwaj górę ciasta. Piecz 20-30 min w temp. 200°.
P.S. Jeszcze przez kilka godzin czekam na konkursowe odpowiedzi.




przepisy

