Terminy gonią...
Odkąd pamiętam uwielbiam sery pleśniowe. Zarówno te z białą pleśnią, takie jak camembert lub brie, oraz poprzerastane niebieskawymi żyłkami, jak gorgonozola. Nie pamiętam kiedy pierwszy raz ich spróbowałam, ale zawsze były dla mnie trudno dostępnym rarytasem. Mieszkałam w małej mieścinie, gdzie o takie sery było ciężko, poza tym w moim domu nikt ich nie jadał.
Przyrządzam je na różne sposoby, z makaronem, ryżem lub warzywami. Smakują mi w każdej postaci i za każdym razem zadziwiają swoim smakiem.
Obecnie moja lodówka w nie obfituje, gdyż przywiozłam sobie je w ramach poświątecznej wałówki od dziadków. A ponieważ terminy ważności gonią postanowiłam zjeść dziś coś na śniadanie z camembertem. Oczko podsunęło pomysł by zapiec, ale po moim ostatnim zapiekaniu, gdy ser gdzieś wyparował miałam nie mały uraz. Jednak nie należy się poddawać, nieprawdaż? Dlatego zrobiłam kolejne podejście i nie żałuję, bo się udało :)
Zapiekany camembert z migdałami i żurawiną
2 porcje
- 1 krążek sera camembert
- garść płatków migdałowych
- 2 łyżeczki żurawiny ze słoika
- 2 kromki tostowego pieczywa





przepisy


