Samochodem przez USA: NOLA
W Nowym Orleanie jest, jak wieść niesie, zatrzęsienie genialnych szefów kuchni. Zdecydować, gdzie spędzimy nasz jedyny wieczór w mieście nie jest więc łatwo. Studiujemy wnikliwie różne rankingi restauracji w przewodnikach i w necie. Śmiesznie jest obserwować, jak różne są ludzkie gusta - to, co jeden uważa za atut, drugi okrzykuje całkowitą porażką. W dodatku zawsze znajdą się jacyś malkontenci, który wszystko skrytykują, nigdy więc nie ma miejsca, które by się w 100% podobało. Po lekturze czujemy się bardziej zagubieni niż przed.Decydujemy się w końcu na restaurację "NOLA". Należy ona do Emeril'a Lagasse, a jest to jedyne nazwisko w panteonie nowoorleańskich gwiazd kuchni, które mi cokolwiek mówi. W Stanach Lagasse jest bardzo popularny, ma swoje programy w telewizji (w Food Network i Fine Living Network), wydaje książki kucharskie, jego nazwiskiem opatrzona jest cała linia produktów kulinarnych, no i oczywiście jest właścicielem kilku restauracji.
Ja co prawda miałam lekkie obawy, co do miejsca, bo z takimi okrzyczanymi telewizyjnymi sławami to rożnie bywa i czasami można się rozczarować. Większą satysfakcję sprawia mi odkrywanie mało znanych i kameralnych lokali, gdzie można świetnie i - co też nie bez znaczenia - niedrogo zjeść. Jednak muszę przyznać, że kulinarnie Emeril nas nie zawiódł. Dodam. że NOLA, mimo, iż całkiem elegancka, nie jest najbardziej wytworną restauracją pana Lagasse. Posiada on już w zasadzie małe restauracyjne imperium, gdzie najjaśniejszą gwiazdą na firmamencie jest Delmonico.
Wczesnym wieczorem docieramy na ulicę St.Luis. NOLA serwuje kuchnię międzynarodową, ale w menu ma wiele potraw inspirowanych stylem gotowania cajun i creole.
Przekornie zacznę od wad tego miejsca ....
Restauracja ma swoje osobliwości. Z jednej strony serwuje wykwintne jedzenie, ma wystrojonych, szarmanckich kelnerów i ciekawy nowoczesny wystrój, a jednocześnie pozwala się tu gościom wchodzić w szortach, a do dań rybnych podaje sztućce do mięsa. Zwłaszcza to ostatnie nieco zbiło mnie z pantałyku ....
Co jednak najbardziej może zdenerwować przybysza z Europy to specyficzna "nadgorliwość" kelnerów. Obsługa co 2 minuty ( z zegarkiem w ręku, nie przesadzam !) pojawiała się u snaszego tolika pytając: "Is everything OK, sir, madame ?" lub "Is this Buttermilk Fried Breast of Chicken with Bourbon Mashed Sweet Potatoes and Country Ham Cream Gravy good for you, sir ?" Drugim praktykowanym przez kelnerów sportem były zawody w dopełnianiu kieliszków z winem czy wodą po każdym naszym łyku. Niektórzy nazwą to może excellent customers service, ale nas to jakoś nie zachwycało. Na zamienienie kilku słów ze współbiesiadnikami, ba, nawet na przełknięcie kęsa jedzenia, pozostaje bardzo niewiele czasu, bo ciągle się trzeba opędzać od kelnerów jak od natrętnych insektów. Gdy rozmawialiśmy później o tym z zaprzyjaźnionymi Amerykanami - kiwali głowami, przyznawali nam rację, ale mówili, że tak już jest i trudno to zmienić, bo wiele osób tak właśnie sobie wyobraża dobre traktowanie klienta. Widać co kraj to obyczaj. Z drugiej strony trzeba się zastanowić co lepsze: nie zawieszający na nas wzroku ani przez sekundę, biegający jak opętany, mrukliwy paryski kelner czy też taki amerykański nadgorliwiec. ;) Ach, ci klienci, trudno ich zadowolić ....No dobrze, to sobie trochę pomarudziłam (tak à propos malkontentów ;) ). Jedno, co trzeba przyznać, jedzenie - zaczynając od przystawek, aż po desery - jest w NOLA po prostu znakomite. Właściwie jedyną rzeczą, która nie wzbudziła naszego specjalnego entuzjazmu było kalifornijskie białe wino z winnicy należącej do właściciela restauracji: Emeril's Classics White Wine.
Co mnie zdziwiło, to nadal ogromne porcje. Myślałam, że w restauracjach wyższej klasy zapanowała powszechna inklinacja w stronę nouvelle cuisine, z jej artystycznie mikroskopijnymi daniami. A tu niespodzianka - nadal otrzymuje człowiek ilość jedzenia, niemożliwą do pochłonięcia, bez względu na to, jakby nie było smaczne. A smaczne rzeczywiście jest, nawet bardzo. Podobno wielkie porcje to cecha kuchni Luizjany. Dość trudno tutaj zjeść lekko i skromnie.
Samo gumbo u Emerila to dzieło sztuki (o nim już w następnym odcinku, staram się jak mogę trzymać Was w napięciu). Bisque - kremowa zupa z raków, jest niebiańsko pyszna. Właściwie na tym można byłoby poprzestać, a tu dopiero wnoszą główne dania.
Jedliśmy red fish (Grilled Red Fish with Risotto, Fennel Herb Salad, Toasted Almonds and Citrus-Herb Vinaigrette), po której ja się wiele nie spodziewałam. W Portugalii to rybka dość zbita i suchawa w konsystencji. Ta z Zachodniej Półkuli jest jednak rewelacyjna. Łukasz zamówił prostego panierowanego kurczaka, w bardzo południowym stylu. Wnoszę z jego rozanielonej miny podczas konsumpcji, że chyba musiał być niezły ten kurak. Ja skusiłam się na łososia (Sweet Barbeque Atlantic Salmon with Creole Maque Choux, Tarragon Aioli and Spicy Onion Crisps).
Zabawne są te kilometrowe nazwy dań, jakby pisał je ktoś ze słowotokiem. Choć z drugiej strony może to tendencja do "zapodania" klientowi wyczerpujących informacji. Notabene uśmialiśmy się, gdy na moje pytanie, z czego jest zrobiony jeden z sosów, kelner oznajmił, że z "ołdżej". W panice zaczęłam przeszukiwać zwoje mojego osobistego twardego dysku, ale kompletnie nic mi się z tym niezwykłym terminem nie kojarzyło. W końcu okazało się, że to skrót od orange juice czyli "O.J.". Fenomenalne są te amerykańkie skróty. ;)
Szczęście jedyne, że będąc w drodze do Nowego Orleanu, a potem biegając po mieście właściwie od rana nic nie jedliśmy, bo desery by nas chyba zabiły. Maćkowe i łukaszowe crème brûlée z owocami jagodowymi było strzałem w dziesiątkę. Ja jednak nie podołałam mojemu deserowi o wdzięcznej nazwie ;) : Banana Pudding Layer Cake with a Graham Cracker Crust, Homemade Vanilla Wafers and a Warm Fudge Drizzle. Ciasto zasłodziło mnie po dwóch kęsach totalnie.
Suma summarum wrażenia kulinarne niezapomniane, mimo tych paru savoir-vivre'owych utyskiwań. Obiecuję, że następnym razem będzie troszkę mniej słowotoku, a więcej konkretnego jedzenia ... :)



przepisy


