ostatnio u nas na topie
(kolejność przypadkowa)* Bolek i Lolek (o tym, że to fenomenalna! bajka przekonuję się dziś, gdy oglądam ją wspólnie z Kruszynem. gdy sama byłam dzieckiem trudno mi było dostrzec te wszystkie żarty, jakie robią sobie z widza scenarzyści. weźcie chociażby ten fragment, w którym ośmiornica robi im zdjęcia pod wodą (8m50s). niech nikt mi nie mówi, że Shrek to była pierwsza bajka dla "dorosłych dzieci", bo Bolek był zdecydowanie wcześniej! ;-)),
* paluszki kokosowe (czego to juz nie wymyślą?! o ile Kruszyn zajada, ja jednak wolę tradycyjne),
* układanie puzzli (jeszcze: "mama ulozi, mama ulozi!", choć pierwsze Kruszynowe próby zostały już podjęte),
* oczywiście remont (niech nikt przy mnie nie wymawia słowa: tapeta, bo dorwę i uduszę gołymi rękoma ;-). po tygodniu ściągania tapet (nawet z sufitów, ach! ta angielska moda!, wreszcie powoli możemy zabrać się za malowanie i inne takie...)
* Babcia (która zawitała na Zieloną Wyspę i która w czasie nieobecności rodziców pozwala na znacznie więcej niż oni sami, jak dłubanie przy kablach przy telewizorze lub stanie przy zlewie i babranie się w brudnych naczyniach ;-)) oraz
* czytanie książek na dobranoc! (tutaj kłania się Mała Mi i jej prośba o podzielenie się moimi uwagami na temat Kruszynowych książek, klik klik).
pamiętam pierwszą jego książkę, a w niej Pan Miś szukający swojego synka... małe rączki Kruszynka tak ją wymęczyły, że z książki pozostało niewiele... dziś Kruszyn wyrósł już z niszczenia książek. ba! jak widzi zagięty róg, od razu go poprawia ;-) (na nic moje zagięte rogi w katalogach meblowych, które z racji remontu przeglądam na okrągło :-)).
Kruszyn uwielbia książki od małego, ale dopiero od pół roku na dobre wkroczyła akcja czytamy na dobrabnoc. są książki, ktore zna na pamięć i kończy mi wpół zdania. są wiersze Tuwima, które czytając przywołują wspomnienia z mojego dzieciństwa. jestem szczęśliwa, że Kruszyn je tak uwielbia! wreszcie są nowe serie jak ta o Kamyczku, którą bardzo szybko pokochał, bo przecież ta o małym Kamyczku, tacie i jego czerwonym autku jest jakby napisana o Kruszynku...
i są również książki po angielsku. od jakiegoś czasu wypożyczane z biblioteki, przy czym wyprawa tam, jest dla Kruszyna zawsze nielada atrakcją! bisi bisi dej (busy day)- Kruszyn udaje, że czyta jedną z nich. a kiedy czytam o dwa zdania po angielsku za dużo, macha ręką - nie gadaj po anglisku! - woła.

Kruszynowe książki szybko gromadzą się na półce. przywożą je odwiedzający, przywozimy my sami z każdego pobytu w PL. na książkę zawsze musi znaleźć się miejsce w walizce! :-)
nie lubię zamawiać ich w internecie, bo dla mnie wyprawa do księgarni to swojego rodzaju świętość (przypadłość po tym, jak sama kiedyś pracowałam w jednej z nich). zanim książka trafi do koszyka, rozkoszuję się zapachem książek w ogóle. błądzę między półkami i często zatrzymuję się przy zupełnie innych niż miałam zamiar. bywa, że czytam pierwsza stronę, nawet i ostatnią, zanim zdecyduję się coś kupić. w księgarni mogę spędzić wieczoność, choć chodzę tam rzadko, bo tak to czyściłabym tylko półki i układała na nich książki ;-))
z czasów pracy w księgarni uzbierał mi się całkiem niezły zbiór, który juz czeka w PL spakowany w kartonach na podróż na Wyspę. oczywiście jak tylko rozpakujemy się w nowym domu, książki na pewno zjawią się tuż za nami i wylądują na nowym regale! a potem w moich rękach. właściwie to już nie mogę się doczekać!
wieczorne kakao, być może kawałek domowego ciasta (jak to poniżej, choć wieczorami staram sie nie podjadać! ;-)), nocna lampka i książka w ręku. to jest to o czym marzę na tegoroczną zimę! i niczego więcej mi do szczęścia nie trzeba ;-))
//przepis na ciasto z good food, numer 08'11. zmniejszyłam ilość cukru i lekko zmodyfikowałam. ostrzegam również, że w po dłuższym leżakowaniu, maliny zabarwiły ciasto na niebiesko. najlepiej smakuje w dniu, w którym zostało upieczone!

letnie ciasto z owocami (malinami) i cukrową posypką
(keksówka)
- 175g miękkiego masła
- 150g cukru (najlepiej drobnego do wypieków)
- 250g mąki pszennej
- 3/4 łyżeczki sody oczyszczonej
- 3/4 łyżeczki proszku do pieczenia
- 2 jajka
- 2 łyżeczki ekstraktu z wanilii
- 175g malin (mogą być też inne owoce, większe pokroić. można użyć mrożonych, nie rozmrażając ich wcześniej)
- 140g cukru na posypkę
- 1-2 łyżeczki soku z cytryny
masło utrzeć na puch. wsypywać stopniowo drobny cukier, ukręcić. dodać po jednym jajku na raz (w sumie 2 jajka) i miksować. następnie przesiać mąkę z proszkiem i sodą oraz wlać ekstrakt. zmiksować ostatni raz.
w keksówce (na papierze do pieczenia) ułożyć 1/3 część ciasta. rozsypać 50g malin. znów delikatanie rozsmarować 1/3 część ciasta. posypać 50g malin. na koniec ponownie rozsmarować pozostałą już 1/3 część ciasta.
piec w 160 stopniach przez około 1h, do suchego patyczka.
wyjąć keksówkę z piekarnika, ostudzić ciasto, następnie ostrożnie wyjąć je z keksówki.
zrobić owocowo-cukrową posypkę: w rondelku umieścić pozostałe owoce (75g) oraz cukier (140g) i sok z cytryny. podgrzewać, aż cukier w połowie się rozpuści. owoce lekko rozgnieść widelcem. polać posypką ciasto. odczekać chwilę, następnie kroić w plastry.
ocena Faceta:
"jest ok!"
ocena Kruszyna:
"maliny maliny!"
(nic dziwnego, że je tak zajada, w końcu sam je układał w cieście ;-))




przepisy

