mocha frappe z D.Marleyem w tle

Gorąco. Parno. Jakoś tak burzowo. Oby ta burza przyszła jaknajszybciej, przywracając niezbędny do życia tlen, bo autentycznie, łykając zachłannie powietrze czuję się jak rybka wyjęta ze szklanej kuli. A świat po burzy jest jakby bardziej kryształowy. Niby nie ma mgły? No nie ma... ale zaraz po burzy i ulewie znikają najmniejsze nawet pyłki i wszystko jest nowe, czyste, SOczyste.
A póki co, skoro burza nie przychodzi, co godzinę powtarzam sobie (cicho wierzę, że nie tylko ja), 'jeszcze jedna kawa i..... (tu pada cała seria -wykonam telefon odkładany od tygodnia, -wystawię fakturę, - umyję naczynia, bo okien przed burzą to raczej nie ma sensu'.)
One cup of coffee, then I'll go
Utwór w wykonaniu ukochanego przeze mnie Damiana, polecam nie tylko do picia kolejnej kawy. Z największą przyjemnością dołączę reggae do akcji Obee.
składniki
- mocna kawa (proponuję espresso)
- kilka kostek lodu,
- cukier (jeśli słodzimy. Ja jakoś nie mogę zrezygnować ze słodzenia kawy, choć prób było wiele)
- filiżanka zimnej wody,
- mleko 3,2%,
- sos do deserów o smaku czekolady
Espresso wlewamy do blendera, dodajemy cukier, wodę, mleko i lód. Miksujemy około 3 minut. Przelewamy do wysokiej szklanki, ciesząc się cudnymi akrobacjami jakie spieniony napój wyprawia specjalnie dla nas. Gdy piana lekko oddzieli się od kawy, na ściankach szklanki lekko wyduszany sos czekoladowy. Pycha!
Smacznego. Peace love and reggae. Pa.




przepisy



