Makaron z siekanymi brukselkami i szałwią
Dziękuję wszystkim, którzy po moim ostatnim wpisie zabrali głos w komentarzach i na żywo. Wciąż intensywnie myślę o moim blogowaniu, ale na razie nie będę robiła żadnych gwałtownych ruchów. Na razie będzie mnie tu mniej, przynajmniej dopóki czegoś nie wymyślę, czegoś sensownego.
Skoro już tu teraz jestem to się przy okazji podzielę moimi noworocznymi inspiracjami. Krótko po Świętach przechodziliśmy koło jednego ze sklepów z przecenionymi książkami, weszliśmy żeby dzieciaki sobie coś wybrały ... wyszłam z książką Denisa Cottera 'Wild garlic, gooseberries ... and me' (Czosnek niedźwiedzi, agrest ... i ja). To książka wegetariańska, najlepsza wegetariańska jaką miałam w ręku. Lubię książki kucharskie w których tekstu do poczytania jest dużo (w tej to połowa książki) i lubię kiedy przepisy wynikają z tego tekstu. Lubię takie, które mogę poczytać przed snem, ale które sprawiają, że chcę wyskoczyć z łóżka i pobiec do kuchni (rzadko jednak mam odpowiednie składniki w lodówce by to zrobić). Najbardziej lubię takie, które sprawiają, że chcę ogród zamienić w szklarnię a garaż w kurnik, że chcę założyć kalosze i iść do lasu i nad morze zbierać jadalne listki i mięczaki.
Ta jest taka. Ta książka uzmysłowiła mi, że całe swoje życie, nawet będąc wegetarianką (ponad pół życia temu), warzywa traktowałam trochę jako dodatek (za wyjątkiem zapiekanek ziemniaczanych), a nie jako coś wokół czegoś można zbudować danie i że pomimo tego, że je lubię, to ich nie doceniam. To moje spóźnione noworoczne postanowienie: docenić starą dobrą zieleninę. Wegetariańskie obiady to jest coś czego mi po Świętach bardzo potrzeba!
To danie gotowałam już dwa razy, pierwszy raz tylko sugerując się przepisem, drugi dokładnie go śledząc. Obie wersje są warte wypróbowania, przedstawię Wam pełną książkową najpierw a później napiszę o mojej.

Makaron z siekaną brukselką i szałwią
250 g brukselek
2 łyżki oliwy z oliwek
150 g szalotek
12 świeżych liści szałwii
4 ząbki czosnku
4 pomidory z puszki
skórka otarta z 1 pomarańczy
1 łyżka orzeszków piniowych lekko podprażonych (jestem na nie uczulona, u mnie pistacje)
sól i pieprz
450 g świeżego makaronu tagliolini (u mnie tagliatelle)
50 g masła
50 g Parmezanu lub innego startego twardego sera
Brukselki przekrój na cztery, wytnij głąbeczek, rozdziel liście. W patelni (dużej, jeszcze lepiej w woku) rozgrzej oliwę, dodaj brukselki, szalotki pokrojone w cienkie plasterki, posiekaną szałwię i czosnek, smaż 2 minuty. Po tym czasie dodaj posiekane pomidory, skórkę pomarańczy i orzeszki, przypraw i gotuj przez kolejne 2 minuty. W międzyczasie ugotuj makaron (suszony lepiej wstawić zanim zacznie się smażyć), odcedź. Do brukselki dodaj masło i ser, wymieszaj z makaronem, podawaj natychmiast.
Kiedy gotowałam to danie po raz pierwszy nie miałam w domu ani szałwii, ani pomarańczy ani pomidorów, ale i tak zdecydowałam się spróbować. Brukselkę usmażyłam z jedną małą szalotką (pokrojoną w drobną kostkę a nie plasterki); dodałam do niej oliwę, czosnek, pieprz i sól, łyżeczkę koncentratu pomidorowego, masło (mniej) i ser (Grana Padano); posypałam pistacjami. Moja wersja o wiele bardziej podkreślała smak brukselki, co do tego nie mam wątpliwości; co więcej, zaraz po spróbowaniu Cotterowej wersji miałam wrażenie, że ta pomarańcza (w książce używana często!) wprost zabija jej smak. Pomyślałam, że szałwia (którą bardzo lubię) i pomarańcza (od niej też nie stronię) nijak mi się razem nie jedzą ... ale to było zaraz po ściągnięciu woka z palnika. Zjadłam tylko trochę, odstawiłam i pojechałam po dzieci, po powrocie to było już zupełnie inne danie, przeżarło się, pomarańcza trochę straciła na intensywności, wydobyło się więcej szałwii i brukselki. Danie jest pyszne i bardzo zachęcam do wypróbowania, ale jednak przed dodaniem pomarańczy się zastanówcie, radziłabym użyć też o wiele mniej szalotki niż w oryginalnym przepisie. Dajcie brukselce szansę!



przepisy


