Indiański gulasz w krainie Navajo
Dzisiaj chciałam napisać parę słów o miejscu, dla którego właściwie wybraliśmy się na te wakacje - są to kaniony Lower i Upper Antelope w Arizonie.Dojeżdżamy do Lower Antelope Canyon w gorący listopadowy dzień o 9.00, ale wejście jest jeszcze zamknięte. Oba kaniony znajdują się na terenie ogromnego rezerwatu Indian Navajo. Dwóch młodych indiańskich chłopaków prosi nas o poczekanie pół godzinki. Coś takiego jest zaskakujące w Ameryce, ale na tym terenie obowiązują przecież prawa plemienne. Jeździmy więc po okolicy robiąc zdjęcia, innych pięknych widoków zresztą nie brakuje. Jesteśmy przecież niedaleko 4 corners (punktu gdzie stykają się granice 4 stanów: Utah, Colorado, Arizony i New Mexico), miejsca aż najeżonego atrakcjami turystycznymi przez duże "A".
Tu w okolicach są już znane nam Grand Canyon i słynna z westernów Monument Valley. Ale my chcemy zobaczyć tylko nasz wyśniony Antelope i może jeszcze spektakularny podkowiasty zakręt ("horseshoe bend") rzeki Colorado.Wracamy po 2 kwadransach do kanionu, parkujemy samochód, płacimy fee i dodatkowo opłatę za wkroczenie na tereny indiańskie. Pieszo idziemy ok. 100 m. Indianin pokazuje nam wąziutką szparkę w ziemi i mówi, że tutaj jest wejście. Szczelina ma miejscami nie więcej niż pół metra. Z zewnątrz nie prezentuje się okazale, powiedziałabym , że raczej klaustrofobicznie. Ale wewnątrz.... sami spójrzcie na zdjęcia, choć i im daleko do odbieranej gołym okiem rzeczywistości.
Oprócz nas są w kanionie ze 4 osoby - akustyka przedziwna - oni są na przeciwległym końcu wąwozu a wydaje się jakby byli za najbliższą skalną ścianą. Momentami jest bardzo wąsko - jedynie kilkadziesiąt centymetrów, trzeba przeskakiwać przez skały podtrzymując się rękami o ściany kanionu. Ustawiamy aparat i robimy chyba z 200 zdjęć.
Mimo, że to listopad udaje nam się zarejestrować bardzo pożądane fotograficznie zjawisko - promień słońca wpadający z góry na dno kanionu.
Przy wyjściu z Lower Antelope stoi tablica pamiątkowa: tutaj w 1997 roku zginęła spora grupa turystów (głównie z Europy): zaskoczeni nagłą ulewą w wąskim kanionie po prostu utonęli.Po 10 minutach dojeżdżamy do Upper Antelope Canyon. Tu musimy czekać na transport do wejścia do kanionu. Indianie nie pozwalają prywatnym samochodom wjeżdżać na teren. Nudę zabijamy rozmawiając z indiańską przewodniczką, która żali się, że młodzi Indianie nie chcą uczyć się języka Navajo. Zna dobrze "polish sausage", ale nie wie, gdzie leży nasz kraj. My tłumaczymy, ze Europa Wschodnia, Polska, a ona pyta czy to Rosja.... Ale nie zżymajmy się: co przeciętny Europejczyk wiem o narodzie Navajo ?
Wreszcie ruszamy rozklekotanym jeepem do kanionu. Jedziemy wyschniętym, piaszczystym korytem rzeki, momentami mamy wrażenie że jeep się zakopie i stanie, a my będziemy musieli go w tym upale pchać. Indianka narzeka na zapalonych fotografów, którzy zamiast przepisowej godziny, usiłują przedłużyć sobie wizytę w kanionie.

Po 10 minutach zatrzymujemy się przed nieco szerszą niż poprzednio szczeliną skalną, tym razem nie jest położona w dnie rzeki tylko pomiędzy otaczającymi to dno skalnymi ścianami. Wchodzimy i znowu.... widoki absolutnie zapierają nam dech w piersiach. Jest magicznie, wspaniale, pięknie, ciekawie... i jak to pyta pani nauczycielka w pewnej słynnej polskiej dobranocce dla dorosłych...."I jak jeszcze Czesiu?" na co uczeń odpowiada - "Zaje....." Faktycznie trochę brakuje człowiekowi przymiotników. ;)
Indianka mówi, że mamy szczęście być tutaj po sezonie. W lipcu i sierpniu jest tyle ludzi, że nie można się przecisnąć ! Oczywiście jeszcze trudniej zrobić zdjęcia. Oprócz nas kręcą się zresztą po kanionie uczestnicy tzw. photo tours. Wszyscy obwieszeni super aparatami (jeden Niemiec miał jedynie ze 3 na szyi), ze statywami ważącymi chyba po 5kg, specjalnymi plecakami na obiektywy i wszyscy w specjalnych kamizelkach zaprojektowanych do przechowywania reszty foto-gadżetów. Zaczynamy wydawać się sobie trochę śmieszni z naszym leciutkim i poręcznym statywem i jedynie 2 obiektywami, z których zresztą w kanionie użyliśmy tylko jednego. Poniżej na zdjęciu duchy w kanionie, niektóre nawet przyszły straszyć ze statywami. ;)
Z żalem po godzinie opuszczamy Górny Kanion Antylopy. W głosowaniu jednomyślnie orzekamy: kanion jest od dziś na pierwszym miejscu naszej prywatnej listy "cudów świata".Wracamy do Page i dojeżdżamy do punktu widokowego: przed nami, a raczej pod nami Marble Canyon rzeki Colorado, pionowe kilkusetmetrowe ściany kanionu, w dole turkusowa rzeka i niedaleko gigantyczna zapora wodna. I znów zapiera nam dech w piersiach.
Nieco dalej na południe stajemy na małym parkingu w środku pustyni. Ruszamy pieszo i po około 1 kilometrze docieramy do krawędzi kanionu rzeki Kolorado. Przed nami Big Bend. Wokół pusto, jedynie kilku fotografów przygotowuje sprzęt na zachód słońca. Trudno się dziwić ich obecności, gdy widoki są takie jak ten poniżej:
Nasza droga biegnie teraz wzdłuż południowej granicy Momument Valley. Tam już byliśmy w 2005 roku. Teraz mijamy wiele fantastycznych formacji skalnych, widocznych na tle zachodzącego słońca i kryształowo czystego nieba. Jesteśmy ciągle u Indian Navajo. Tyle o nich piszę, że postanowiłam przygotować po powrocie do domu nawet jakąś potrawę tych natywnych mieszkańców Ameryki Północnej. Pomocą posłużyła mi nieoceniona książka "Southwest - The Beautiful Cookbook". W oryginale w tej potrawie duszona jest baranina, bo Indianie do dziś wypasają mnóstwo owiec na terenie rezerwatu. Autorzy książki wspominają jednak, że można ją zupełnie spokojnie zastąpić innym mięsem. Ja do tego gulaszu użyłam wołowiny. Muszę przyznać, że z trudem mi przez usta i klawiaturę przechodzi węgierskie słowo gulasz w przypadku potrawy już nie tylko z innego kontynentu, ale i z innej półkuli. Ale z drugiej strony nie mam pojęcia czym zastąpić angielskie słowo "stew"... Może nazwać je "duszonka"? ;)
Gulasz Indian Navajo2 łyżki oleju kukurydzianego
750g wołowiny pokrojonej w kostkę
1 szkl cebuli pokrojonej w kostkę
2 ząbki czosnku, przeciśnięte przez praskę
750ml bulionu wołowego
1 chili serrano*
1 i 1/2 szkl ziaren kukurydzy
4 duże pomidory, bez skóry i pokrojone w dużą kostkę
2 zielone papryki, opieczone, obrane ze skóry i pokrojone w kostkę
1 czerwona papryka, opieczona, obrana ze skóry i pokrojona w kostkę
1 łyżeczka zmielonego kminu rzymskiego
1/2 łyżeczki świeżo zmielonego pieprzu
sól do smaku
Osmażamy mięso partiami na mocno rozgrzanym tłuszczu (patelnia nie może być przepełniona, bo wołowina zacznie się dusić zamiast smażyć). Zdejmujemy mięso z patelni i trzymamy w cieple. Na tej samej patelni przesmażamy na oleju cebulę i czosnek. Dodajemy mięso, zalewamy wołowym bulionem i dusimy do miękkości przez ok. 1 -1 i 1/2 godz. Dodajemy chili serrano, pomidory, papryki, kukurydzę i przyprawy. Dusimy jeszcze ok. 15-20 min.
*to jest ostre podłużne zielone chili, moje było z puszki, ale można je zastąpić łagodniejszym jalapeño i i niewielką ilością maleńkich i bardzo ostrych zielonych papryczek chili




przepisy


