Europejskie impresje: Bordeaux - królestwo za wino
Dojrzewające winogrona z okolic St-Emillion. Château Fonplegade.Loara Loarą, ale kto ma bzika na punkcie czerwonych win, tak jak mój mąż, dopiero w dorzeczu Dordogne i Garonne czuje się jak w raju. Region Bordeaux od wieków walczy o palmę pierwszeństwa wśród francuskiego "morza" wina z Burgundią. Do dzisiaj trudno powiedzieć kto te zapasy gigantów wygrywa. W moim subiektywnym przekonaniu to właśnie wina z Bordeaux były prawie że synonimem francuskiego wina. Ale to tylko takie prywatne wrażenie.
Prawdę mówiąc niewiele mam do powiedzenia na temat tego regionu, ponieważ muszę z pewnym zażenowaniem się przyznać, że podróż przez tę okolicę odbyłam w stanie raczej półprzytomnym. A to dzięki wszechobecnym degustacjom win, którym ze względu na prowadzącego samochód męża musiałam sama podołać. ;)
Nie będę Was zanudzać podziałem regionu i klasyfikacjami tamtejszych win. Dla pasjonatów wszystko jest klarownie i obszernie omówione tutaj. Jest nawet szczegółowa mapka. My zajmiemy się dogłębniej obszarami oznaczonymi jako nr 21 i 24.
Na wstępie jednak ważna rada dla wybierających się do tego regionu winiarskiego - nie zwiedzajcie najbardziej okrzyczanych winnic, zwłaszcza tych z wielkiej piątki Premiers Crus. Spotkacie tam kłębiący się tłum turystów, win nie spróbujecie, bo żaden właściciel nie jest na tyle szalony, żeby rozlewać darmo dla gawiedzi wina w cenie powyżej (często bardzo grubo powyżej) 100€ za butelkę. Omijając szerokim łukiem Petrus, Mouton-Rothschild, czy inne Château Haut-Brion, mamy szansę na skosztowanie szerokiego wachlarza win i na serdeczne przyjęcie oraz bardzo kompetentną pomoc w wyborze butelczyn, które zamierzamy zabrać ze sobą do domu.
Producenci Premiers Grands Cru Classés z okolic St-Émilion. Próbujemy win w Union des Producteurs w St-Émilion. "Falujące" winnice między St-Émilion i Libourne. Jeden z licznych sklepów z winami w starej części miasteczka.Polecam zwłaszcza jeden z "best kept secrets" regionu Saint-Émilion - Union des Producteurs de St-Emillion, zrzeszenie okolicznych producentów, gdzie zawsze znajdziemy ogromny wybór win i możliwość degustacji większości z nich, brak turystów, oraz - co ma niewątpliwie również niebagatelne znaczenie - niskie ceny. My udaliśmy się właśnie do tego miejsca, położonego nieco poza miasteczkiem, gdzie - posługujący się kompletnie dla nas niezrozumiałym narzeczem francuskiego - przemiły starszy pan, mimo bariery językowej pomógł nam podjąć trudną decyzję co do wyboru tutejszych vins rouges. Najlepsze ostatnie roczniki, które chyba więcej znaczą niż słynna marka, to: 2000, 2003, 2005. Muszę przyznać, że i na nas wpłynęła - miejmy nadzieję, że zasłużona - sława regionu, bo skrupulatnie trzymamy zakupione butelki na jakąś szczególna okazję.
Maison du Vin w Graves. Château Fonplégade w okolicach St-Émilion. Union des Producteurs de St-Émilion.Wybraliśmy się jeszcze do maleńkiego regionu Graves-de-Vayres. W miejscowości Vayres na południowym brzegu rzeki Dordogne, w tamtejszym Maison du Vin, trafiliśmy na bardzo uprzejmą i kompetentną panią, która zapoznała nas z tajnikami wyrobu i smaku win z tego stosunkowo młodego, jak na Bordeaux regionu. Zdobył on bowiem swoją AOC całkiem niedawno, bo dopiero w 1946r.
Okolica była kiedyś słynna z łagodnie słodkich, białych win moelleux (to wina zawierające 30 do 50 g cukru na litr; gdy cukru jest powyżej 50g mamy już do czynienia z vins liquoreux) . Region porastał w większości słynny szczep muscadelle (jest on jednym z trzech gatunków winogron, z których robi się okrzyczane sauternes, pozostałe to sauvignon blanc i sémillon), do czasu gdy w czasie srogiej zimy winorośl doszczętnie przemarzła.
Od tej pory hoduje się tu głównie szczepy cabernet sauvignon i franc oraz merlot, z których produkuje się czerwone wino. Nam szczególnie do gustu przypadły mieszanki ze znaczną przewagą merlot (ok. 70-80%). Szczep muscadelle nadal rośnie w regionie, ale że jest kapryśny i jak wspomniała nasza przewodniczka łapie wszystkie choroby, nie jest już tutaj powszechny.
Miła pani przestrzegła nas jeszcze przed robieniem zakupów w sklepach winiarskich w miasteczku Saint-Émilion, gdzie się udawaliśmy, które są niewątpliwie bardzo "glamour" tak pod względem wystroju, jak i narzutu na ceny bachusowego trunku.
Po tej wizycie, gdzie sięgnęłam kresu mojej degustatorskiej wytrzymałości, postanowiliśmy zwiedzić urocze Saint-Émilion, które słusznie nazywane jest najładniejszym miasteczkiem w całym regionie Bordeaux. Gdyby nie tabuny Brytyjczyków, odwiedzających dawne włości Plantagenetów, mogłoby ono nawet poszczycić się sennymi uliczkami. Ma za to piękny kościół z katakumbami wykutymi w skale, a uliczki inkrustowane są jak klejnotami pięknymi sklepami winiarskimi i cukierniami. W tych ostatnich wypieka się znakomite makaroniki, o których jeszcze kiedyś tu napomknę.
Nasze lokum pod St-Émilion.Dzień zakończyliśmy w jednym z Gîtes de France - domu otoczonym zewsząd winnicami, gdzie znowu udało nam się poczuć atmosferę francuskiego joie de vivre. Prosty wystrój, ale z tym nieuchwytnym francuskim szykiem, widocznym na każdym kroku. Ciepły wieczór na patio w towarzystwie włoskiego małżeństwa, z równym zapałem co my degustującego tutejsze wina. I - to w tym kraju wręcz naturalne - wspaniały posiłek: lekkie gazpacho (w końcu Hiszpania już niedaleko). Potem już wcale nie lekkie, ale za to kruche i rozpływające się w ustach confit de canard podane w gnieździe młodej fasolki szparagowej. Na deser - ukłon w stronę angielskiej przeszłości regionu - apple crumble, ale z kleksem nieposłodzonej i świetnie kontrastującej z deserem crème fraîche.
Tym apetycznym akcentem kończę wreszcie moją wakacyjną epopeję ) którą chyba już zdążyłam znudzić śmiertelnie większość czytelników). Proszę o wybaczenie, ale dzięki tej pisaninie udało mi się przedłużyć sobie letnie wakacje prawie do grudnia ;) dzieląc się z Wami moimi wrażeniami.



przepisy

