Europejskie impresje 2008 : Pas de Calais - sery i bąbelkujące napoje
Le perlé de groseilleWracam do mojej wakacyjnej "neverending story". Jesteśmy z powrotem we Francji, tym razem w jej najbardziej na północ wysuniętym skrawku - Pas de Calais. Zaopatrzyliśmy się jak już wcześniej wspomniałam w bardzo pomocną książeczkę, wydaną z okazji otwarcia tunelu pod kanałem La Manche "Shopping for Food and Drink in Northern France and Belgium" i skierowaną głównie do brytyjskich smakoszy i wielbicieli wina, przyjeżdżających tu na weekendowe zakupy. Że Wyspy są niedaleko możemy się zresztą naocznie przekonać - z niektórych miejsc naszej trasy świetnie jest widoczny angielski brzeg.
Udajemy się najpierw do słynnego chyba w całej Francji sklepu pana Philippe'a Olivier'a w Boulogne-sur-Mer. Jest to krótko rzecz ujmując świątynia sera. Zaskakuje mnie, że to mały, uroczy i stylowy sklepik. Przy tej wielkiej famie spodziewałam się jakiegoś ogromnego przybytku, jarzącego się światłami i wypolerowanymi do błysku ladami. Tu jest jednak rustykalnie i wręcz przytulnie. Wybór serów nie jest przytłaczający, za to bardzo przemyślany. Królują specjalności z północy, na czele z przepysznym maroilles. Niektóre sery są kreacjami pana Oliviera, robione w/g jego ścisłych wskazówek przez wybranych okolicznych serowarów (jak np. unikalny camembert macerowany w calvadosie). Pod sklepem mieszczą się caves d'affinage, czyli piwniczki, w których sery nabierają idealnej do spożycia dojrzałości.
Serowa świątynia Philippe'a Olivier'a.Miasto nas niespecjalnie zachwyca, udajemy się więc wgłąb lądu do małej miejscowości Loison-sur-Créquoise. Naszym celem jest "La Maison du Perlé", siedziba producenta owocowych win musujących. Nie brzmi to dobrze, prawda? W Polsce owocowe wino to raczej nie jest synonim jakości. ;) Nas początkowo również bardziej niż wino, kusiła wzmianka w naszym przewodniku, że jest tam mała crêperie na świeżym powietrzu, gdzie podają najlepsze w okolicy naleśniki. Coś akurat idealnego na lekki letni obiad.
Dwie odsłony musującego wina le perlé. Regionalna restauracja w Montreuil-sur-Mer.Czeka nas jednak kilka miłych niespodzianek. Właściciel z synem oprowadzają nas po swojej wytwórni. Okazuje się, że produkują tu wina z trzech rodzajów owoców: porzeczek, malin i wiśni. Nie ukrywają, że porzeczki są sprowadzane z Węgier, gdyż we Francji nie uprawia się ich na dużą skalę, tyle tylko co ludzie mają w przydomowych ogródkach, po 1-2 porzeczkowe krzaczki. Gdy ja już otwieram usta, żeby patriotycznie oznajmić, że powinni porzeczki sprowadzać z Polski, okazuje się, że rodem z naszej ojczyzny są używane przez nich wiśnie. Przyznam, że podoba mi się szczerość producentów i to, że nie wmawiają mi obłudnie, iż każdy owoc sami ręcznie zrywali tuż za miedzą.
Do wytwórni wina przylega sad i spora kolekcja kilkudziesięciu krzaczków, różnych odmian porzeczek. Trochę zbija mnie z tropu, gdy czytam w ulotce reklamowej o "zielonej porzeczce"(groseille verte), ale już przy krzaczkach okazuje się, że to po prostu nasz poczciwy agrest. Degustujemy wszystkie wina i , mimo patriotycznych zapędów, muszę szczerze przyznać, że wiśniowe najmniej mi smakuje. ;) Kupujemy więc aromatyczne malinowe i lekko kwaskowate porzeczkowe oraz pasztet z dodatkiem tego ostatniego. Aaaa, byłabym zapomaniała - pija się je jako aperitif, albo - tym razem na pewno zgadniecie - tak, tak: w towarzystwie foie gras. ;)
Sklepik z winem u producenta. Zaczynamy degustację. Niektórzy przenieśli się już z winem na łono natury. Pâtes, terrines i rillettes z dodatkiem lokalnie produkowanych alkoholi.Próbujemy też eau de vie de cidre de la Créquoise, destylowanego alkoholu robionego na bazie cydru, który jest tak porażająco mocny, że moim skromnym zdaniem w stanie czystym aż niepijalny (ma aż 51º vol). Można powiedzieć, że jest to mniej zacny krewny calvadosu, nie ma appellation d'origine contrôlée , za to ma prawo być od niego mocniejszy. ;) W koktajlach (tu kilka pomysłów na nie) lub jako dodatek do deserów jest ponoć całkiem zjadliwy. W Bretanii tego typu alkohol nosi nazwę lambig i jest bretońską odpowiedzią na normandzki calvados.
Dzień jest piękny i bardzo słoneczny, teraz więc pozostaje nam jeszcze tylko lunch na łonie natury. W sadzie porozstawiane są stoły i ławy, a mały drewniany domek to smażalnia naleśników. Crêpes robione są z ciasta z dodatkiem piwa, a ilość rożnorodnych słonych i słodkich nadzień bardzo nam przemawia do podniebienia. Szczególnie smakowite są naleśniki z sosem malinowym (coulis de framboise) i lodami lub z brązowym cukrem cassonade, skropione jeszcze na dodatek wspomnianą już eau de vie de cidre. Na aperitif podawane jest oczywiście tutejsze owocowe perlé, potem można zdecydować się na - również robiony przez państwa Delobel - cydr lub frênette. Podejrzewałam, że ten ostatni lekko musujący napój produkowany jest na bazie kwiatów czarnego bzu. Jakież było moje zdumienie, gdy w domu przewertowałam materiały źródłowe ;) i okazało się jednak, że do produkcji frênette używa się liści ... jesionu (franc. frêne).
Smażalnia naleśników i najsmaczniejszy crêpe z sosem malinowym.Jest tu nam tak przyjemnie, że chciałoby się posiedzieć dłużej w cieniu jabłoni, ale donośnym głosem wzywają nas dalsze atrakcje, o których w następnym odcinku. :)



przepisy
