Europejskie impresje 2008: Normandia mlekiem płynąca i jabłkami pachnąca
Widok z oddali na wyspę Mont Saint-Michel.Dzisiaj znowu moja wakacyjna Francja, tym razem jesteśmy ciut dalej na południe - w Normandii. Atrakcji tu jak zwykle nie brakuje, tak dla turysty, jak dla smakosza. My udajemy się do małego miasteczka Bayeux - słynnego głównie ze swojego gobelinu. W ścisłym tego słowa znaczeniu, nie jest to tkany gobelin, a 70 metrowy zwój haftowanego płótna, który opowiada nam historię podboju Anglii przez Wilhema Zdobywcę i jego Normanów. Misternie wypracowane detale zachwycają, ale chyba największe wrażenie robi na nas fakt, że oglądamy kawałek materiału mający prawie 1000 lat. Zwiedzanie jest zresztą świetnie zorganizowane - gobelin ogląda się z audioprzewodnikiem na uszach. Każda haftowana scena jest omówiona w szczegółach, tak że przy okazji można sobie odświeżyć kawałek historii powszechnej. Wałęsamy się trochę po sennych uliczkach i oglądamy jeszcze imponującą tak od środka, jak i z zewnątrz katedrę.
Wnętrze katedry w Bayeux. Fragment słynnego gobelinu. Detale w katedrze.Teraz czas na to co Bayeux ma nam do zaoferowania kulinarnie - a nie jest tego mało. Normandia to kraina mlekiem płynąca w dosłownym tego słowa znaczeniu i jeszcze na dodatek pachnąca jabłkami. Normandczycy potrafią te swoje "zasoby naturalne" świetnie wykorzystać - do wyrobu znakomitych serów, masła, crème fraîche, soku jabłkowego i calvadosu, żeby wymienić tylko te najpopularniejsze.
Smakowitości w sklepie "Au Comptoir des Saveurs".My zaczynamy kulinarne rozkosze od sklepu "Au Comptoir des Saveurs" z tutejszymi regionalnymi specjalnościami. Półki od góry do dołu wypełnione są normandzkimi i bretońskimi ciastkami oraz karmelkami. Tym ostatnim nie mogę się oprzeć. Robione są na bazie solonego masła, co jest świetnym kontrapunktem dla słodyczy cukierków. Mi najbardziej przypadają do gustu caramels de beurre saleé aux pommes - karmelki pachnące jak świeżo upieczona maślana szarlotka. Degustujemy też na miejscu różne rodzaje confiture de lait (francuskiego odpowiednika dulce de leche, w Polsce nazywanego czasem kremem krówkowym). Ta z calvadosem i jeszcze jedna z orzechami laskowymi skuszą chyba każdego łakomczucha. W sklepie wszędzie piętrzą się słoje konfitur i galaretek, głównie oczywiście jabłkowych. Jest tu też znakomity wybór różnych gatunków cydru i calvadosu.
Podziemia katedry w Bayeux. Karmelki tym razem z Bretanii.Ponieważ sklep tylko nam rozbudził apetyt, a solennie sobie przyrzekliśmy, że zakupy zostaną skonsumowane dopiero w Porto, teraz udajemy się na małe co nieco do polecanej w "Le Guide de Gourmands" lokalnej cukierni "A la Reine Mathilde". Założona pod koniec XIX wieku, mieści się zresztą bardzo blisko wspomnianego już sklepu. Pierwsze skrzypce wśród używanych przez normandzkich cukierników ingrediencji grają oczywiście jabłka, calvados, doskonałe masło i śmietanka. Już sam opis proponowanych ciastek wzmaga pracę ślinianek, a co tu mówić, gdy człowiek zobaczy te dzieła sztuki cukierniczej na własne oczy. Dobrze, że cukiernia ma kilka stolików, gdzie można się natychmiast delektować ich przysmakami. Zamówienie składamy z przewodnikiem w ręku, co robi na obsesyjnie kochających jedzenie Francuzach bardzo dobre wrażenie. ;) Ściśle się trzymamy polecanych w książce specjalności zakładu, na które popyt wśród mieszkańców trwa nieprzerwanie od z górą 20-tu lat. Ja jestem nieco rozczarowana, bo mimo, że ciastka są bardzo smaczne, to jednak niezwykle tradycyjne, z dość ciężkimi maślanymi kremami. Mam wrażenie, że to co sama wypatrzyłam w cukierni bardziej by mi smakowało.
Patisserie "A la Reine Mathilde".Najlepsze było chyba pavé bayeusain - kwadratowe, z pralinkowym kremem i orzechami, na migdałowym biszkopcie, polane grubą warstwą czekolady. Pomme d'or to znowu bardzo wilgotne, biszkoptowe ciacho mocno przesączone calvadosem, z czekoladowym ganache, biszkoptem i czereśniami.
Wybrane przeze mnie gourmandise de Bayeux to chrupiąca orzechowa rurka, wypełniona maślanym, waniliowym kremem, upstrzonym rodzynkami moczonymi w calvadosie.
Ciastka z "La Reine Mathilde": pomme d'or, gourmandise de Bayeux, pavé bayeusain.Wieczorem jedziemy do Mont Saint-Michel. Muszę się przyznać, że nie znoszę europejskich atrakcji turystycznych z tzw. pierwszej ligii - nasycenie Japończykami przekracza w tych miejscach chyba 100%, w dodatku jest środek sierpnia i Francuzi mają długi weekend. Kłębiący się ludzie, fotografujący wszystko w zakresie 360º wokół siebie, zwykle skutecznie odbierają mi chęć do zwiedzania. Szczęśliwie wieczorem na wyspie, mającej za swojego patrona archanioła Michała, jest już trochę mniej tłoczno, co zapowiadał, pozytywnie nas nastrajający, eksodus wyjeżdżających po grobli samochodów.
Krużganki i mnisi ogród. Trafiliśmy na przypływ. Mroczne wnętrza opactwa.Mont Saint-Michel jest cudowne, brakuje mi słów, żeby to opisać, lepiej popatrzcie na zdjęcia, choć i im daleko do odzwierciedlenia rzeczywistości. Mimo, że byłam we Francji wielokrotnie tu mnie wiatry jeszcze nigdy nie przygnały. To jeden z rzadkich przykładów, gdy piękno natury udało się zamienić człowiekowi w prawdziwy cud. Największe wrażenie wyspa robi chyba z daleka, kojarzy nam się trochę z obrazem Breughel'a "Wieża Babel" . Monumentalna katedra wieńcząca szczyt również wewnątrz robi piorunujące wrażenie - masywne kolumny w pomieszczeniach , na zmianę z koronkowymi krużgankami wokół mnisich ogrodów. W samych kościele trafiliśmy w dodatku na mnichów śpiewających psalmy - to było jak błyskawiczna podróż w czasie, do średniowiecza. Nastrój trochę jak z "Imienia róży".
Wieczór zakończyliśmy kolacją u "Mère Poulard". Ja jadłam marmite de deux poissons - potrawę z łososia, tamboril, żabnicy (bo takie jest chyba niezbyt zachęcające polskie tłumaczenie słowa lotte) i muli z warzywami. Wszystko pływało w delikatnym sosie z normandzkiej śmietanki, a mule były chyba najlepsze, jakie miałam kiedykolwiek okazję jeść - miękkie i rozpływające się w ustach. Maciej skusił się już na bretońskie smaki, w końcu Bretania tuż za miedzą. Zajadał się gryczanymi galettes bretonnes i zapijał je półwytrawnym cydrem (jak nam tu na blogu zresztą polecała Leloop). Lukasz bardziej zachowawczo zdecydował się na cocotte de poulet z purée i warzywami przypominającymi ratatuj, lecz bez bakłażanów.
Ale najwspanialsze okazały się desery - tarte aux pommes i crème à la vanille à l'ancienne. Tego ostatniego smakołyku od tamtej pory Maciej i Łukasz uparcie domagają się w domu, a ja nijak nie potrafię uzyskać tego niepowtarzalnego smaku. Deser przypominał on pot de crème lub niezapieczony crème brûlée z widocznymi kropeczkami naturalnej wanilii. Takie, niby to proste dania bywają najtrudniejsze do odtworzenia, bo prawdopodobnie sekret ich smaku tkwi w jakości użytych produktów i w tym przypadku kłania się pewnie brak normandzkiej śmietanki. ;)
To by było na tyle o Normandii, a w następnych odcinku znajdziemy się wreszcie, ku wielkiej radości mojego męża, w jednym z winiarskich regionów Francji.



przepisy

