'Coco avant Chanel', kilka wspomnień i francuska zupa cebulowa

Chciałam napisać o pewnej książce, ale w czwartek wieczorem byłam w kinie na cudownym filmie i mam głowę pełną wrażeń, miłych wspomnień i planów na przyszłość.
Z koleżanką z pracy (dzięki Agnes raz jeszcze za bardzo miłe towarzystwo!), wybrałyśmy się na film 'Coco avant Chanel'. Do dzisiaj nie mogę przestać myśleć o tym, co zobaczyłam.
Film przepięknie pokazuje historię Coco Chanel, jej entuzjazm i determinację w dążeniu do celu. Pokazuje ludzkie namiętności i przeszkody, z którymi na co dzień musimy się spotykać. Ale pokazuje również wiarę we własny talent, zapał i nie zbaczanie z raz obranej ścieżki. Dla mnie jednak najważniejszy motyw to ten, jak być oryginalnym i podążać za własnym stylem bez ślepego podążania za modą i ogólnie narzuconymi wytycznymi. Moment, kiedy Coco zrzuca z siebie obrzydliwie falbaniastą i rózową sukienkę i doszywa do swojej skromnej sukienki w kratkę rękawy i kołnierzyk odcięte z białej męskiej koszuli jest pełen magii. Wyszłam z kina jak zaczarowana. Wracając do domu z politowaniem patrzyłam na wpół pijaną angielską społeczność, na kobiety w obcisłych, półprzeźorczystych getrach i kusych powyciąganych podkoszulkach i wiecie co? Uświadomiłam sobie jak bardzo brak im klasy. I nie chodzi o to jakiej marki ciuchy noszą, bo nawet w najdroższych ubraniach od najlepszego projektanta mody można wyglądać jak w szmatach, ale o to jak się zachowują, w jaki sposób się do siebie odnoszą i co sobą prezentują. Brak im kultury i pasji.
Uświadomiłam sobie również jak bardzo jestem zafascynowana Paryżem, w którym dzięki uprzejmości Połówka, Ani i Marka miałam okazję być już dwa razy. I tak jak dla niektórych z Was Włochy, tak dla mnie Paryż jest wymarzonym miejscem, gdzie chciałabym żyć i mieszkać. Niestety znam tylko jedno słowo (no może dwa) w języku francuskim, więc moje marzenie pozostanie tylko marzeniem i prawdopodobnie nigdy się nie spełni.
Architektura, zieleń, małe sklepiki projektantow mniej lub bardziej znanych, kawiarenki, restauracje, obyczaje, kultura i klasa Paryżan - to wszystko sprawia, że Paryż jest miejscem pięknym i magicznym, do którego chciałoby się wracać i wracać i spędzać tam każdą wolną chwilę. Z każdego miejsca bije spokój i brak pośpiechu. Dzięki Ani i Markowi miałam okazję poznać Paryż zupełnie z innej strony, być w miejsach gdzie zwykły turysta nigdy nie trafi albo trafi przez przypadek. Za to im bardzo dziękuję. Za przespacerowane kilometry i cierpliwość w odpowiadaniu na moje liczne pytania. Spędziłam tam swoje zeszłoroczne urodziny. Najpiękniejsze jakie do tej pory miałam...
Ach i bagietki! Pyszne, pszenne i chrupiące. Najsmaczniejsze jakie kiedykolwiek jadłam! Niesione w koszykach i lnianych torbach i ludzie podskubujący je w drodze z piekarni, uśmiechnięte twarze i pogodne oblicza.
Magia bije z każdego zakamarka tego miasta.





A wracając do filmu. Postanowiłam coś zmienić i powrócić do swojej pasji sprzed lat ukrytej głeboko w zakamarkach mojej głowy. Ale na razie nie powiem więcej. Zobaczymy czy uda mi się tą pasję stamtąd na nowo wydostać.
W duchu filmu i wspomnień zapraszam na prawdziwą francuską zupę cebulową. Za przepis dziękuję Anoushce, która znalazła w piątek wolną chwilę i zechciała się z mną nim podzielić. Przepis prosty i w swej prostocie genialny, (nieznacznie przeze mnie zmodyfikowany) - ta zupa nie potrzebuje wielu przypraw i dodatków, które 'zagłuszą' smak i aromat cebuli. Przepis wpisuję tak, jak podała mi go Anoushka, a w nawiasie moje zmiany(Anoushko dziękuję dobra z Ciebie Kobieta:*)

Francuska zupa cebulowa
'0.5 kg malej, białej cebuli - jak kupisz wielkie główki, to uda Ci się zrobić zupę BEZ smaku (zważyłam potrzeba około 4-5 sztuk)
1 łyżka masła - ja używam ghee - daje więcej smaku (dałam 2 łyżki)
płaska łyżka białej mąki (pominęłam, bo nie lubię smaku mąki w zupach)
sól
pieprz (koniecznie świeżo mielony)
woda (użyłam 750ml lekkiego bulionu warzywnego)
kromki bagietki (po 2 na osobę)
tarty żółty ser - tradycyjnie dodaje się ser Compte, ale jak nie masz, to daj średnio ostry (mi-salé) Gruyère też się sprawdzi (i dałam Gruyère)
100ml białego wytrawnego wina (to już mój pomysł)
sok wyciśniety z połowy cytryny (dodałam od siebie)
świeży lub suszony tymianek
Cebulę kroisz na cienkie plasterki. Wrzucasz na rozgrzane masło i karmelizujesz. Powoli, na niewielki ogniu. Możesz od czasu do czasu pomieszać, ale niezbyt energicznie ;) Cebula ma być brązowo-złota i wydzielać zapach karmelu. Uważaj, żeby jej nie przypalić!
Pod koniec dodajesz mąkę. Mieszasz i zalewasz wodą. (Ja pominęłam mąkę, zamiast wody dodałam bulion, 100ml wina i sok z cytryny)
Gotujesz jeszcze jakieś 10-15 minut na sporym ogniu – żeby zredukować ilość płynu tak gdzieś o 1/4.
Doprawiasz do smaku solą i pieprzem.
Rozgrzewasz mocno piekarnik z grillem. Opiekasz w tosterze/piekarniku kromki bagietki.
Wkładasz je do zupy, posypujesz startym serem i wkładasz do piekarnika na 5 -10 minut. Ser powinien się przypiec na złoto.
Podajesz natychmiast.
Możesz jeszcze oprószyć świeżo mielonym pieprzem i kilkoma listkami tymianku. Ten tymianek to już wersja nieortodoksyjna… ale mnie ona tam bardzo pasuje :)'
Smacznego!




przepisy


