Białe chili w Białych Piaskach

Dzisiaj parę słów o drugim tygodniu naszych wakacji, który dla odmiany spędziliśmy na stałym lądzie. O huraganie Noel, który pomieszał nam trochę szyki już wspominałam. W ostatnią noc rejsu tuż przed Miami zdołał nas jeszcze trochę pobujać, machając swoim ogonem. Tak że na lotnisko w Fort Lauderdale udajemy się mocno kołyszącym, marynarskim krokiem. Samolot linii Southwestern, zabiera nas przez Tampę do serca stanu New Mexico - Albuquerque. Dolatujemy już po zapadnięciu zmroku, lecz od razu zauważamy różnicę klimatu - jest nadal gorąco, ale już sucho, kontynentalnie.
Wynajmujemy minivana i jedziemy drogą "interstate" na południe do hotelu w małym miasteczku Socorro. Wieczorna wizyta we - wstyd sie przyznać, ale - fast foodzie zadowala bardzo Łukasza. W ciągu dnia i wieczorem jest ciepło (ok. 25ºC), ale w nocy na pustyni robi się chłodno, temperatura spada do 12ºC. Ranek w niedzielę jest zimny, przynajmniej dla wygrzanych na Karaibach zmarźluchów. Po śniadaniu w hotelu jedziemy jeszcze kawałek na południe, a potem skęcamy na wschód.
Najpierw przecinamy rzekę Rio Grande, otoczoną drzewami w jesiennych kolorach. Potem mijamy wyschnięte połacie stepowych traw i jedziemy przez dziesiątki mil zupełnie pustą drogą. Stajemy na chwilę przyTrinity Site, czyli miejcu eksplozji pierwszej bomby atomowej w 1945 roku - wokół nie ma żywego ducha. Przecinamy po drodze Valley of Fires, czyli dolinę wypelnioną wyłącznie czarnymi bazaltowymi skałami - pozostałość po kiedyś płynącej tutaj rzece lawy wulkanicznej.
Skręcamy na południe i przez Almonogordo docieramy wreszcie wczesnym popołudniem do White Sands, czyli białej jak śnieg, gipsowej pustyni. Jesteśmy ok. 100 km od granicy z Meksykiem. Pustynia jest tylko częściowo udostępniona do zwiedzania ( ale obszar ten jest większy niż całe Las Vegas z przedmieściami ). Większą część White Sands zajmują tereny wojskowe, gdzie testowane są rakiety i gdzie czasami lądują promy kosmiczne, gdy pogoda na Cape Canaveral na Florydzie nie dopisuje. Gorąco, ale klimatyzacja w samochodzie pozwala przeżyć. Nie potrafię sobie wyobrazić jak musi tutaj być w środku lata. To naprawdę szczęście podróżować w listopadzie: jest nieco chłodniej i bardzo mało turystów.
Na wydmach spotykamy nieliczne samochody. Zabieramy kupioną po drodze plastikową "patelnię" i szukamy najwyższej wydmy aby pozjeżdżać. "White dune surfing", bo tak się to tutaj nazywa, jest naprawdę super. Gipsowy piasek, co pierwszy zauważył Lukasz, nie przykleja się zbytnio do skóry, w dodatku szczęśliwie dla nas nie ma wiatru. Lukasz zostaje przy samochodzie i kontynuuje zjazdy z wydm, my wyruszamy na mały spacer po okolicy szukając fotogenicznych miejsc.
Po 2 godzinach wracamy na autostradę. Mijamy góry Sierra Dona Ana i przez Cruzes zbliżamy się powoli do miasta Tucson, już w Arizonie. Jazda zabiera nam prawie 4 godziny. Po zmroku zmęczeni docieramy do hotelu.Rankiem kierujemy się jeszcze bardziej na południe wzdłuż Interstate 19 prowadzącej do meksykańskiego El Paso i "odkrywamy" San Xavier de Bac. To jedna z pierwszych misji katolickich na kontynencie amerykańskim, nazywana "gołębiem pustyni". Gdy zbliżamy się po piaskowym pustkowiu do białego jak śnieg kościoła, rozumiemy skąd ta nazwa. Jesteśmy ok. 30 km od granicy z Meksykiem. Mijają nas liczne patrole US Border.
O poranku jest chłodno i przyjemnie, a kościół zupełnie pusty. Robimy zdjęcia, wchodzimy na patio i do małego muzeum, zostawiamy drobne "gratuity". Spokojnie i cicho, jak przyjemnie jest odwiedzać takie miejsca poza sezonem. Wyobraźnia zaczyna pracować i przenosimy się do początków XVIII wieku, gdy jeziuci założyli misję.W okolicy pojawiają się też pierwsze kaktusy z dziwnymi otworami w srodku pnia - to dziuple/gniazda pustynnych ptaków. Ale o kaktusach więcej w kolejnym odcinku mojej relacji.

Przy informacji turystycznej w White Sands był sklepik z rękodziełem i lokalnymi produktami. Triumfalnie wyniosłam z niego wielki worek suszonych bardzo charakterystycznych dla Nowego Meksyku hatch chile peppers, mielone zielone chili, trochę różnych przypraw i "kamyk" do zmiękczania ciasteczek.
W domu oczywiście musiałam wypróbowac moje skarby, a że ja zawsze po powrocie z jakiegoś kraju mam fazę na tamtejszą kuchnię, moja rodzina może się spodziewać co najmniej 2 tygodni w stylu amerykańskiego Southwest.
Na pierwszy ogień poszło znane wszystkim chili, tyle , że w wersji białej. Zamiast popularniejszej czerwonej używamy do niego białej fasoli, mięso jest równiez białe - bo to piersi z kurczaka, do tego jeszcze sporo papryki i sera. Danie o niezwykłej prostocie wykonania, sycące i zaskakująco delikatne, mimo pikantnych nut w tle.
Chili blanco2 szkl białej fasoli (moczonej w wodzie przez 8-12 godz.)
4 pojedyncze piersi z kurczaka
3 i 1/2 szkl wody
2 łyżki oliwy extra virgin
3 cebule
4 ząbki czosnku
1/4 łyżeczki pieprzu cayenne
1/4 łyzeczki mielonych goździków
2 łyżeczki mielonego kminu rzymskiego
1 i 1/2 łyżeczki suszonego meksykańskiego oregano
4 zielone papryki (opieczone, bez skórki i nasion, pokrojone w kostkę)
1 papryczka jalapeño, drobno pokrojona
2 szkl bulionu z kurczaka
2 szkl startego żółtego sera
Do przybrania:
pomidory pokrojone w kostkę, krążki papryki jalapeño, kolendra, szczypiorek, starty żółty ser
Piersi kurczaka zalewamy wpłaskim garnku wodą i doprowadzamy do wrzenia. Gotujemy na małym ogniu przez ok. 20 min. Zachowujemy wywar, a piersi po ostygnięciu rozdrabniamy na strzępki i przykrywamy folią spozywczą, żeby nie wyschły.
W dużym głębokim rondlu rozgrzewamy oliwę i szklimy na niej cebulę. Teraz dodajemy przeciśnięty przez praske czosnek, pieprz cayenne, goździki, kumin i oregano. Smażymy chwilę i dodajemy zielone papryki i jalapeño. Dodajemy odsączona fasolę, zalewamy bulionem i wywarem z gotowania kurczaka. Doprowadzamy do wrzenia i pod przykryciem na małym ogniu gotujemy przez 1 godz. Zdejmujemy pokrywkę i jeszcze dogotowujemy do miękkości fasoli ok. 45min.
Dodajemy kurczaka i ser, mieszamy i zdejmujemy z ognia. Podajemy z pomidorami pokrojonymi w kostkę, dodatkowym serem, przybrane krążkami jalpeño, kolendrą i szczypiorem.







przepisy



