Azory: São Jorge - kawa z Europy
Najpiękniejsze faiãs na Wyspie São Jorge. Na pierwszym planie Fajã dos Cubres , dalej Fajã do Santo Cristo. To zdjęcie powstało dzięki poświęceniu mojego męża, który o 5.00 rano we mgle i w ciemności pojechał na punkt widokowy do drugiej stronie wyspy.W przewodniku czytamy, że w miejscowości Fajã dos Vimes na wyspie São Jorge hoduje się kawę. Jeśli herbata z Azorów nie jest jedyną rosnącą w Europie, to może chociaż kawa nią będzie? Jedziemy z ciekawości, bo żadne z nas w życiu nie widziało cafezeiro (krzaczka kawy) w naturze. Wielkiej jakości się nie spodziewamy, w końcu São Jorge to nie Blue Mountain na Jamajce. Jak to zwykle na Azorach, zjeżdżamy z niemal pionowego urwiska na wypłaszczony półokrągły kawałek wybrzeża. Mieszkańcy nazywają to fajã i krajobrazowo jest to, jak już wspominałam w poprzednim wpisie, niezwykle piękny fenomen geograficzny. Zazwyczaj udaje się na tym skrawku ziemi przycupnąć jakiejś wioseczce. Tak jest i w tym przypadku. Miejscowość jest tak mała, że objeżdżamy ją w kilkadziesiąt sekund, ale nigdzie nie widzimy nawet skrawka znaku czy informacji wiążącej się w jakikolwiek sposób z kawą. Już mamy zrezygnowani wracać, gdy spotykamy pod kościołem dwie mieszkanki Fajã dos Vimes. Gdy pytamy o kawę jedna z nich mówi "A tak, tu każdy ma parę krzaczków, ale moja teściowa hoduje ich trochę więcej. Kawę można u niej kupić, jak również napić się parzonej na miejscu".
Tym sposobem odnajdujemy plantację kawy na Azorach - zwykły dom, daleko od ulicy, bez żadnego oznaczenia. Bogu dziękować za panie plotkujące pod kościołem, bez nich byśmy do tego miejsca nigdy nie trafili. Pod sznurami z suszącym się praniem idziemy z właścicielką na tyły domu, gdzie wreszcie widzimy upragnione rośliny. Są wysokości człowieka, trochę wiechciowate, a ich gałązki oblepiają kolorowe owocki. To właśnie przyszłe ziarenka kawy. Pani Maria dos Anjos (Maria od Aniołów ;) ) opowiada nam, że oni kawę tu hodują od setek lat, właściwie na własne potrzeby, ale kilka lat temu przyjechał do nich, przedstawiciel portugalskiej firmy Sical i zachwycił się jakością. O wysyłaniu - jak to na Azorach mawiają - na kontynent chyba nie było mowy, bo ilości są znikome, ale za to rodzina dorobiła się własnej kawiarni, gdzie ich kawę pija się z filiżanek z logo plantacji.
Skąd się wzięła kawa na Azorach? Podobno przybyła tu razem z portugalskimi żegalrzami wracającymi z Brazylii, dla których te wyspy były często przystankiem w podróży do kontynentalnej Portugalii. Warunki do uprawy tego tropikalnego krzewu są tu całkiem sprzyjające. Wilgotność jest jak w dżungli, a temperatura w zimie właściwie nie spada poniżej 15ºC. W lecie maksymalnie osiąga do 25ºC, ale chyba brak upałów kawowym krzaczkom za bardzo nie przeszkadza.
Kawowa epopeja: od kwiatka do filiżanki.Syn pani Marii dos Anjos studiuje architekturę w Lizbonie, ale przyjeżdża do domu na każde wakacje i to on parzy nam kawę i powiada o kawowej drodze od owocu na krzaczku do filiżanki. Kawa jest tu super ekologiczna (tak jak i mleko i sery, chyba czystszy region trudniej znaleźć na świecie - przemysł tu praktycznie nie istnieje, a mieszkańcy utrzymują się głównie z hodowli bydła i rybołóstwa) - jedyna ingerencja człowieka to podlewanie krzaczków wodą z pobliskiego źródła, gdy deszcz nie pada dłużej niż dwa tygodnie, co się na wyspach niezmiernie rzadko zdarza. Zero nawozów sztucznych, zero pestycydów i herbicydów. Gdy owoce dojrzeją, suszy się je na powietrzu, a potem ręcznie za pomocą wulkanicznych kamieni pozbawia łupinki. Syn właścicielki mówi, że mistrzynią w tym jest jego babcia. Potem ziarna się praży. Gdy ja pytam czy mają do tego jakąś specjalną maszynę, on śmieje się, że nie. Zamiast kosztownych maszyn używają zwykłej dużej żeliwnej patelni. Mielą ziarenka za to już nowocześnie - w potężnym młynku firmy Sical, a parzą w ekspresie Cimbali (ta maszyna stanowi nieodłączną część kawowej kultury w Portugalii, do tego stopnia, że wiele osób zamawiając małą czarną prosi o "um cimballino"). Muszę przyznać, że - co mnie trochę zaskoczyło - kawa była zdumiewająco smaczna, niczym właściwie nie ustępowała słynnym mieszankom z kontynentu. Czułam w jej smaku nawet więcej świeżości, ale to może być już sugestia, po tym jak napatrzyliśmy się na kawowe kwiaty i owoce. ;)
Świeżo zerwane kawowe owoce. Uroczy domek w parku krajobrazowym w zachodniej części wyspy. Na koniec jeszcze, tym razem córka właścicielki, pokazuje nam chyba istotniejsze źródło utrzymania rodziny - warsztat tkacki, gdzie powstają tradycyjne colchas de ponto alto, piękne kapy na łóżka z wypukłym wzorem. Ta, którą ja się zachwycam ma ponad 70 lat (tkała ją jeszcze prababcia oprowadzającej nas pani) i kosztuje majątek. Pozostajemy więc przy kawie - kupujemy paczuszkę, żeby delektować się nią - jak to mówią na Azorach -na kontynencie. ;)
Banany jeszcze na drzewie. Warsztat tkacki.A jeśli już jesteśmy przy tropikalnych plonach to nie można zapomnieć że, oprócz anananasów, o których pisałam tutaj, na Azorach hoduje się też banany. Większość przydomowych ogródków ma małe poletko bananowców. Owoce stąd nie są tak słynne jak ich kuzyni z Madery, ale gatunek jest chyba ten sam, albo bardzo podobny jak z "wyspy kwiatów". Są to nieduże bananki, ale za to bardzo słodkie i aromatyczne. Gdy robimy zdjęcia jakiejś kiści, aż ciężkiej od owoców, wybiega do nas z pobliskiego domu uśmiechnięta pani wołając po angielsku, że możemy sobie ją zerwać. Maciej pod nosem mruczy, że on nie małpa i żadnych bananów nie będzie ze sobą targał (byliśmy na dłuższej pieszej wycieczce), ale mnie nieodmiennie zachwyca przyjacielskość tych ludzi.
Chyba nigdzie na świecie nie czułam się tak swobodnie i bezpiecznie jak tutaj. Na pewno zwiedzanie ułatwiała nam znajomość języka (choć wariant portugalskiego z Azorów bywa czasem zdumiewający jeśli chodzi o wymowę), jednak gotowość do pomocy i zupełnie bezinteresownych gestów całej chyba populacji wysp odczuwa większość turystów. Nie wspominając już o tym , że przestępczość zdaje się nie istnieć - wszystko tu stoi otworem od samochodów poczynając na domach i hotelach kończąc. A nie mówiłam Wam już, że to mityczna kraina szczęśliwości - Atlantyda. ;)



przepisy
