Alpejskie bombardino
Biję się w piersi za tą ponad tygodniową przerwę w blogowaniu, ale byliśmy na nartach i mała mieścinka u podnóża Matterhornu zaskoczyła nas brakiem łatwego dostępu do sieci. Uczciwie się zresztą przyznam, że po średnio 8 godzinach nart dziennie niespecjalnie mnie ciągnęło do komputera.
Wybraliśmy się tym razem do Doliny Aosty z myślą o jednym z najwyżej w Europie położonych ośrodków narciarskich Zermatt/Cervinia. Kusiła ilość tras, możliwość jeżdżenia po stronie włoskiej i szwajcarskiej, piękny lodowiec, no i oczywiście widok na monumentalnie-piramidalny Matterhorn.
Po 4 dniach dość zmiennej pogody (bo okazało się , że najwyższy ośrodek to jednocześnie najsilniejszy wiatr), postanowiliśmy jeszcze poszaleć na wygrzanych słońcem i osłoniętych od wiatru przez masyw Mont Blanc stokach Courmayeur i La Tuile/La Rosiere. Ten ostatni ośrodek niesie ze sobą możliwość poszusowania również po stronie francuskiej. Tak że w 6 dni udało nam się odwiedzić 3 alpejskie potęgi - Włochy, Szwajcarię i Francję.
Oprócz białego szaleństwa były też oczywiście doznania kulinarne, na stoku i poza nim. Dwujęzyczna Dolina Aosty słynie ze znakomitych wędlin i serów.
Wśród tych ostatnich króluje fontina, z której przygotowuje się danie o nazwie fonduta, czyli aostańską odmianę fondue. Fonduta jest o wiele delikatniejsza i bardziej kremowa od fondue, gdyż zamiast wina ma w składzie masło, jajka i mleko. Moim zdaniem smakowo wygrywa jednak wersja zza północnej granicy - nie ma to jak połączenie sera i wina.
Nie można też zapomnieć o czekoladzie, w końcu Szwajcaria tuż tuż. Ponoć to jednak do Włoch, a konkretnie do pobliskiego Piemontu, pielgrzymowali Szwajcarzy, żeby się nauczyć formować czekoladę w tabliczki. Włosi mają na swoim końcie wynalazek genialny - gianduję, czyli połączenie czekolady z masą orzechową. Wpadł na ten pomysł w połowie XIX wieku turyńczyk Pierre Paul Caffarel.Stąd był już tylko krok do wynalezienia nutelli, nazywanej początkowo pasta di gianduja. W czasie ostatniej wojny Włosi cierpieli.... z powodu racjonowanych dostaw kakao i tym samym ograniczonej produkcji czekolady. Pan Pietro Ferrero zaczął więc do niej dodawać orzechów laskowych, w które obfitowały piemonckie lasy.
Dodajmy jeszcze do tych przysmaków popularne zimą w całych włoskich Alpach (i znacznie poprawiające skrętność nart ;) ) wysokowoltowe i hiperkaloryczne bombardino i okazuje się, że zamiast spędzać na stoku 8 godzin należałoby chyba jeździć przez okrągłą dobę, aby spalić te wszystkie kalorie.Wracając do bombardino - wersji tego napoju jest co niemiara. Jedno jest pewne - jego podstawą jest ajerkoniak. Oprócz tego potrzeba nam jeszcze jakiegoś mocnego trunku - najczęściej whisky, ale równie dobre będzie brandy lub rum. Co do kolejnego składnika zdania są podzielone - w Dolinie Aosty bywały bombardini z dodatkiem espresso lub bez niego, za to zawsze zwieńczone kopułą bitej śmietany. Szusujący z nami znajomi, bywalcy kurortów w Dolomitach, twierdzili, że tam nikt się nie bawił w dodawanie kawy - bo przecież jasne jest , ze chodzi tu głównie o procenty rozgrzewające zziębniętych narciarzy . Bernardyny wszakże w celach "reanimacyjnych" w swoich beczułkach kawy nie noszą, nieprawdaż? Przyznam się, że ja jednak zagustowałam w tej nieco łagodniejszej wersji kawowej i na taką podam tu przepis.
Bombardino 1 część ajerkoniaku
1 część whisky lub brandy
1 część świeżo zaparzonej mocnej kawy
bita śmietana i czekolada (utarta lub stopiona) do przybrania
Mieszamy ze sobą oba alkohole i kawę. Przykrywamy dużą czapa bitej śmietany i posypujemy lub polewamy czekoladą.




przepisy
