Alpejski śnieg i prowansalskie słońce
Mam pewne wątpliwości czy wczesną wiosną, gdy wszyscy jesteśmy spragnieni ożywczego ciepełka, ktoś będzie miał ochotę czytać reminiscencje z naszego tegorocznego białego szaleństwa. Jednak zaryzykuję... Zwłaszcza, że zamierzam je okrasić kapką złotego płynu , w którym zaklęta jest spora dawka prowansalskiego słońca. Już słyszę te pomruki:"O Jezu, znowu Francja." No niestety, nie wiem jak to się dzieje, ale tak się już kolejny raz z kolei złożyło. ;)Wybraliśmy się pod koniec lutego na narty po raz kolejny w region Alpes de Haute Provence (pierwszy raz byliśmy tam w 2007 r i tutaj jest nawet archiwalna relacja). Z Marsylii dotarliśmy drogą pełną zdradzieckich zakrętów do wysoko w górach położonego ośrodka Vars, który przywitał nas warstwą śniegu dochodzącą miejscami do 3 m. Tak wspaniałych narciarskich warunków nie przypominam sobie od dawien dawna. W dodatku pogoda nam dopisywała i przez całe 7 dni pobytu nieprzerwanie świeciło słońce.
Oprócz Vars poszusowaliśmy sobie jeszcze w Serre Chevalier i pięknym ośrodku Montgenèvre na granicy francusko-włoskiej ("Ach - wzdychał nasz młody Alberto Tomba ;) - nareszcie prawdziwa pizza." "Mmm, boskie cappuccino, takiego nie da się zrobić nigdzie indziej." - to już rozpywałam się ja). Muszę, z pewnym smutkiem zresztą , zwrócić Włochom pierwsze miejsce w konkurencji parzenia kawy. A już mi się wydawało, że Portugalczycy wcale nie są gorsi. Jednak wystarczyło spróbować kawy po włoskiej stronie Alp, by okazało się to tylko złudzeniem i lokalnym patriotyzmem. Nie wiem w czym tkwi sekret - czy to woda (chyba nie, bo po przejechaniu 100m na stronę francuską, zaczynał człowiek przeklinać nad filiżanką obrzydliwego trunku), czy to jakaś tajemna technika przekazywana od pokoleń i niedostępna innym nacjom. W każdym razie nawet piankę mają Włosi bardziej kremową i długo się utrzymującą na powierzchni. Ech, to chyba muszą być jakieś czary.... ;)Lekko rozczarowała nas jedynie kuchnia w naszym francuskim hotelu, siląca się na posiłki á la nouvelle cuisine, co marzącym o treściwej alpejskiej kuchni narciarzom niekoniecznie było w smak. Zwłaszcza, że w potrawach czuło się więcej zadęcia niż kulinarnej sztuki z prawdziwego zdarzenia. Rekompensowliśmy sobie tę "cuisine ę ą", jak nazywa ją mój mąż, wiejskim jedzeniem w gospodach na stoku. Jednym z powodów, dla których kocham narciarstwo jest fakt, że gdy je uprawiam mogę sobie bezkarnie pozwalać na kaloryczne ekscesy, bez absolutnie żadnych wyrzutów sumienia, a co więcej bez ruchów wskazówki wagi w niepożadaną prawą stronę. ;) Żeby tak jeszcze znaleźć sobie jakiś codzienny sport równie miły i równie skuteczny. Obawiam się, że jedynie bieganie maratonów może dorównać z grubsza licząc 8 godz. dziennie szusowania na mroźnym powietrzu. A to już niestety nie jest takie atrakcyjne moim skromnym zdaniem .....
Obiecałam promyk słońca w tym naszym zimowym wyjeździe i nie będzie to słońce na stoku, a złota kapka oliwy. Oczywiście oliwy z Górnej Prowansji. Jeszcze w domu przed wyjazdem zaplanowaliśmy sobie wizytę u jakiegoś producenta tego płynnego złota. Początkowo miała to być ciesząca się wielką renomą firma Oliviers & Co. Może jednak dobrze się stało, że w weekend ich siedziba w miasteczku Mane była zamknięta. Sprzedają oni rzeczywiście świetną oliwę i sławni są ogromnie. Trudno ich jednak kojarzyć jedynie z lokalną produkcją. Spowadzają oliwę właściwie z całego basenu Morza Śródziemnego, łącznie nawet z portugalskim regionem Tras-os-Montes.My trafiliśmy w końcu do typowo regionalnej kooperatywy producentów oliwy z Haute Provence. Mieliśmy szczęście, że mimo iż w lutym zakład nie działa (oliwę tłoczy się głównie od listopada do stycznia) miły pracownik firmy pan Pierre zgodził się nas oprowadzić i objaśnić tajniki produkcji tego śródziemnomorskiego złotego eliksiru.
Korzyść była obopólna. My dowiedzieliśmy się sporo o oliwie, a on miał okazję , jak sam żartował, poćwiczyć sobie angielski, świeżo po kursie, na który wysłał go dyrektor. Le Moulin de L'Olivette to spora firma, bo zrzesza ponad 1000 właścicieli oliwnych gajów. Sam proces tłoczenia oliwy jest dość prosty - oliwki, im świeższe tym lepiej, myje się, a następnie (razem z pestkami, co było dla mnie pewnym zaskoczeniem) mieli (broyage) i miksuje. Następnie wszystko ląduje w wielkiej wirówce i w procesie zwanym centrifugation horizontale oddzielana jest płynna część wytłoczyn od oliwkowej pulpy. Później ta płynna frakcja poddawana jest jeszcze centrifugation verticale, w której woda odseparowywana jest od czystej oliwy. W ten sposób uzyskujemy oliwę metodą tzw. mechanicznej ekstrakcji na zimno. Zmiażdżona oliwkowa masa jest tu podgrzewana jedynie do 30ºC.Co do samej firmy, to gdy ją odwiedziliśmy szef był akurat na Concours Générale Agricole (prestiżowym konkursie odbywającym się corocznie w Paryżu). Oliwa z Le Moulin de L'Olivette zdobyła tam zresztą w roku 2007 złoty medal. Kooperatywa używa tylko i wyłącznie oliwek zebranych w Górnej Prowansji i produkuje sporo, bo aż 100.000 l oliwy rocznie. W Haute Provence dominująca "olejodajna" odmiana nosi nazwę aglandau.
Niektórzy kupują oliwę w hurtowych ilościach i im nalewa się ją z kranu. Znowu w oficjalnej sprzedaży - absynt, zwany "zieloną wróżką", który na przełomie wieków obudził ponoć w wielu Francuzach artystyczną duszę. ;) Niedojrzałe jeszcze oliwki wczesną jesienią.Kilka oliwnych ciekawotek - w Prowansji klasyfikuje się oliwę dość typowo. Do 2% kwasowości jako vierge, czyli dziewiczą, a do 0,8% jako extra vierge. Kwasowość zależy od jakości użytych do tłoczenia oliwek i od czasu ich przechowywania. Monsieur Pierre chwalił się, że w Moulin de L'Olivette w większości przerabia się oliwki już w dniu zbioru, a najpóźniej do 24 godzin po ich zerwaniu z drzewa.
O dziwo, nie polecał nam przechowywania oliwy w lodówce, jak się niektórzy upierają, a jedynie w ciemności i w temperaturze pokojowej. Od momentu zakupu bez straty na jakości można butelkę oliwy przechowywać w tych warunkach mniej więcej przez rok.
Nie chcę Was zanudzać niuansami smakowymi produkowanych w Le Moulin de L'Olivette różnych gatunków oliwy. Przekrój jest szeroki - od dość łagodnych aż do intensywnych zarówno w barwie jak i aromacie. Znawcy wyczuwają w tutejszej oliwie nuty karczochów i aromat świeżo zerwanych z krzaka pomidorów. Wszystkie gatunki można na miejscu degustować, więc każdy może znaleźć tam coś dla siebie, o ile tylko lubi oliwę.
I to by było na tyle w kwestii promyka słońca w zimowym prowansalskim pejzażu. ;)



przepisy

